poniedziałek, 16 listopada 2015

Piątek 13-tego w Paryżu ...

Witajcie po dość długiej przerwie,

Nie raz i nie dwa zbierałam się by opisać kolejne tygodnie w mojej nowej (cały czas jak dla mnie ;) pracy, ale zawsze znajdowałam jakąś wymówkę.
Tym razem ostatnie wydarzenia, zmobilizowały mnie by powiedzieć, to co ja mogłam przeżyć, zobaczyć i doświadczyć...

Każdy się ze mną zgodzi, że to co się stało w ten pechowy piątek, nigdy stać się nie powinno...
Kilka słów, na ten temat, bo pewnie jesteście ciekawi, jak to wszystko wyglądało z mojej perspektywy...

Paryż na kilka godzin przed zamachami:

To był piątek, zwykły jak każdy, nic nadzwyczajnego.
Co prawda rano pociąg był trochę opóźniony, ale nic nie zapowiadało tego nieszczęścia...

Wracając z pracy, około godziny 16.30, w "moich rejonach" (czyli w okolicy mojej szkoły), widziałam kilka policjantów i żandarmów + samochody z ciemnymi szybami - aha, pewnie kogoś namierzyli - pomyślałam i czym prędzej udałam się do metra.

Gdy dojechałam na "mój" dworzec (Paris Gare de Lyon), troszkę się przeraziłam - wszędzie była uzbrojona po zęby policja. Zatrzymali jednego gościa, ale w ich krótkofalówkach można było usłyszeć, że "podejrzani uciekli", że "trzeba ich szukać", itd.

Krew w żyłach lekko zastygła, ale stwierdziłam, że pewnie jakieś narkotyki, czy coś w tym stylu i pomaszerowałam grzecznie na swój pociąg. W międzyczasie minęłam jeszcze jedną albo dwie grupy policji - pomyślałam, że pewnie tutaj są tak "w razie czego".

Wróciłam do domu i bardzo źle się czułam. Miałam wrażenie, że jestem bardzo zestresowana, nerwowa, zła, smutna i nie wiem co jeszcze. Wszystko zwaliłam, na moich uczniów, którzy nie byli do końca grzeczni tego dnia (ale o tym może napiszę innym razem).

Stwierdziliśmy z Ukochanym, że w ramach relaksu  pójdziemy do kina. Wybraliśmy seans o 22.
W okolicach godziny 23 usłyszałam wibracje mojego telefonu. Pomyślałam od razu, że nie jest to normalne, bo zazwyczaj rodzinka o tej godzinie nie dzwoni. To była Mamuśka - troszkę się przestraszyłam.
Gdy usłyszałam, że w Paryżu był zamach od razu pomyślałam "wiedziałam, że tak to się skończy".
Możecie mi wierzyć lub nie, ale ja czułam, że tego dnia stanie się coś złego...  Po prostu to czułam...
Dramaturgii może dodać fakt, że bywaliśmy z naszymi znajomymi w Bacatlan i świetnie się tam bawiliśmy na cyklu imprez " '80, '90 "
....
Zatem miejsce dobrze nam znane....
 
Weekend minął nam dość spokojnie (wiedzieliśmy, że wszyscy nasi znajomi są cali i zdrowi, a my nie mieszkamy w samym Paryżu tylko kawałek dalej, więc nie było obaw). 

Dzisiaj rano (poniedziałek, 16 listopada) musiałam (jak zazwyczaj) pojechać na uczelnię (a co za tym idzie, udać się w "te" strony - Stade de France wygląda tak jak wyglądał, nic się nie zmieniło). Powiem Wam, że to nie jest ten sam Paryż.
Ludzie są smutni, boją się. Widać strach w ich oczach. Każdy każdego obserwuje... Każdy stara się być ostrożny...
Na uczelni dowiedziałam się, że niektórzy z moich znajomych byli "dotknięci" przez te ataki (stracili bliskich)...
Wchodząc na uczelnie byłam przeszukiwana i musiałam okazać legitymację...
To wszystko tworzy wyjątkową atmosferę... Wyjątkowo dziwną atmosferę...
Smutek na twarzach i strach w oczach...
Mam nadzieję, że Paryż szybko wróci "do siebie" i nadal będzie miastem miłości...

Pozdrawiam,
Maîtresse  Ania

1 komentarz:

  1. Nie sądzę by Paryż wrócił do takiego samego stanu. Śmiem twierdzić, że nigdy nie wróci. Takie wydarzenia zmieniają bieg historii, powodują, że wszystko to co było już nie wróci, a w zamian pojawi się coś nowego, może lepszego, może gorszego. Kto wie. M.

    OdpowiedzUsuń